Tako rzecze rzecznik Play

MOTOACTV dla twardzieli

Muszę się pochwalić. Dziś wziąłem udział w biegu „Biegnij Warszawo”. O dziwo udało mi się bieg zakończyć. O dziwo bo kompletnie nie miałem czasu na trening ;-) Czas taki sobie, ale sukces wielki – pokonałem swoje ograniczenia i mimo, że kompletnie w to nie wierzyłem, dałem radę ;-)

MOTOACTV to sprzęt dla ludzi, którzy chcą pokonywać bariery. Którzy chcą więcej i nad tym ciężko pracują.

MOTO już w Polsce niestety nie ma. Zlikwidowano przedstawicielstwo, ale w naszym magazynku zostało kilka fajnych gadżetów. Długo myślałem o konkursie związanym z MOTOACTV. I mam szatański pomysł. Przez tydzień czekam na komentarze pod tym wpisem od ludzi, którym udało się pokonać ważną dla nich barierę, tylko i wyłącznie dzięki swojej pracy. Macie czas do soboty. Musicie koniecznie udowodnić, że bariera została pokonana. Liczę na Waszą kreatywność. nowiutki MOTOACTV czeka!

Przypominam, że ten sprzęt możecie kupić w naszym e-shopie.

Komentarze

  1. Marcin napisał(a):

    A może tak jakiś komentarz odnośnie dziejszej Ruletki MMS?Raportuj

  2. Damian P. napisał(a):

    Skoro mowa o barierach, to w moim życiu pokonałem jedną, która do tematu pasuje w sam raz.
    Wspomnianą barierą była otyłość.
    Odkąd byłem dzieckiem, zawsze byłem co tu dużo ukrywać bardzo gruby.
    W wieku 14 lat ważyłem około 100 kilogramów, przy wzroście mniej więcej 180 cm.
    Z wiekiem moja nadwaga powiększała się i w wieku 17 lat ważyłem już ponad 110 kg mimo dość częstym uprawianiu różnych sportów, wykonywaniu ćwiczeń itd.
    Jednak przed osiemnastymi urodzinami postanowiłem na dobre skończyć ze swoją otyłością, i zmienić się do tego stopnia, żeby znajomi nie poznali mnie kiedy spotkamy się w klasie maturalnej.
    Zacząłem stosować diety a bardziej głodówki, gdy byłem głodny jadłem co najwyżej jogurcik.
    Siłownia, różnego rodzaju sport i bieganie nocą, w końcu dawały zamierzony efekt.
    Po 3 miesiącach codziennego treningu nad zrzucaniem kilogramów ze 115 kg zrobiło się 87 kg przy obecnych 190 cm.
    Miny znajomych, nauczycieli i rodziny były bezcenne, ale i tak najbardziej w pamięć zapadło mi zdziwienie trenera od wf-u, który na pierwszych zajęciach zawołał mnie do tak zwanej kanciapy i spytał się czy nie brałem jakiś chińskich specyfików, które dopiero co wprowadzili na rynek, bo przecież nikt nie chudnie w tak krótkim czasie. Bariera otyłości z którą walczyłem przez całe dzieciństwo została przezwyciężona, dzięki ciężkiej pracy i wiary w to, że musi mi się udać.Raportuj

  3. Piotr napisał(a):

    Gratulacje!

    Moja historia sięga wczesnych lat dzieciństwa…

    Od piaskownicy pamiętam jak dzieciaki krzyczały do mnie TY GRUBASIE! To było fatalne uczucie. Do dziś mam koszmary z tym związane. Ówczesny grubas, czuł się z tym źle, ale przyszło co do czego dalej wcinał bułkę z serem, zalaną keczupem z musztardą. Tak mijały lata, czasy gimnazjum, potem liceum, kumple wyrywali dziewczyny, chodzili na randki, opowiadali co na nich robili, a ja dalej byłem tym grubasem, który nie cieszył się życiem, a zrzucenie wagi było barierą nie do przejścia. Probówałem. Na siłowni nie patrzyli się zbyt przychylnie, rezygnowałem. Na rowerze dostawałem zadyszki po 1 kilometrze, rezygnowałem. „Dieta” przy kuchni babci, która mnie wychowywała nie zdawała rezultatów. Było źle. Nie mogłem się przełamać. Nic nie miało sensu.

    Pewnego dnia, zupełnie przypadkiem poznałem dziewczynę, która dzisiaj jest moją narzeczoną. Nigdy wtedy nie pomyślałbym, że będzie to moja przyszła żona. Jednak myśl, że przez własne ograniczenia i wynikający z tego wygląd mam nie korzystać z życia zmobilizowało mnie do działania. I ciężkiej pracy. Przez kilkanaście miesięcy dzień w dzień, konsekwentnie zacząłem biegać i chodzić na basen. Po 2 miesiącach gdy ujrzałem pierwsze efekty wiedziałem już, że nie odpuszczę. To było jak narkotyk. Przełamałem swoją barierę. Strach przed wyśmianiem na basenie. Zmęczenie fizyczne po wysiłku. W ciągu 8 miesięcy schudłem 47kg. Czułem się jak celebryta gdy całe otoczenie pytało: JAK ci się to udało, a ja odpowiadałem: udało mi się dzięki ciężkiej pracy :)!

    Ta historia udowodniła mi, że można wszystko i warto pracować nad przełamywaniem wewnętrznych barier by żyć lepiej, a przede wszystkim żyć w pełni szczęśliwym. Nigdy tego nie zapomnę. Dziś jestem lepszym człowiekiem. Nadal pływam i biegam i polecam wszystkim żyć aktywnie :)!Raportuj

  4. xtr napisał(a):

    I znów dobrze by było gdyby m.g. zastanowił sie co chce napisać a jak nie zdążył to po na pisaniu przeczytał co „spłodził”. Pomysł szatański czyli zły przewrotny fałszywy podstępny etc etc ręce opadająRaportuj

  5. Grucha napisał(a):

    hah, studia na Politechnice Warszawskiej – Budownictwo
    Bronię magistra 17.10.2012 więc chyba jakiś dowód to jest na pokonanie bariery. Aktualnie pracuję w zawodzie, ale jeśli sytuacja w Polsce się nie zmieni to boję się, że mogę mieć dużo tych wolnych chwil na trening. No ale jakby tak miało być to lepiej mieć już MotoActiv i trenować dobrze :)Raportuj

  6. 3 napisał(a):

    tak tez myslalem, ze najwiecej wpisow bedzie o otylosci… Ok, ja tez walcze i przegrywam, wiec wiem jakie to trudne… Brak silnej woli robi swoje…

    Ja opisze tutaj inna wazna walke… Walke z nalogiem i byciem dobrym ojcem. Kiedy mialem 29 lat urodzila mi sie coreczka, moje zycie zmienilo sie o 180 stopni. Problem byl tylko jeden… Moj poprzedni sposob bycia wygladal raczej inaczej niz oczekiwala od tego moja kobieta… i corka. Wczesniej popoludnia czy wieczory spedzalem w Internecie, na grach, ogladajac filmy itp. Uzalezenie bylo duze bo ciagnelo sie przez wiele lat w tyl. A tu nagle trzeba bylo zmienic swoj styl zycia i przyzwyczajenia. Zamiast gier, filmow i Internetu… zmiany pieluch, kreatywne zabawy z dzieckiem, spacery na place zabaw. Zamiast wydawania pieniedzy na nowe sluchawki, odtwarzacze mp3 czy inne gadzety trzeby bylo zaczac oszczedzanie, kupowanie pieluch, kaszek czy mleka. Zamiast imprez ze znajomymi wspolne wieczory z rodzina. Wszystkie uzbierane sprzety jak kino domowe czy konsola pokryl kurz. Reasumujac…. ciezko bylo.. Zmiana przyzwyczajen nie jest latwa. Ale bylo warto :) i uwierzcie mi… nie tesknie za tamtym zyciem. Mam nowe, lepsze, ciekawsze…Raportuj

  7. Dawid napisał(a):

    Zazdroszczę wam tylko takich barier. Moją barierą na chwilę obecną jest uzależnienie od alkoholu. Wpływ na to miało wiele rzeczy, min. ojczym który zawsze terroryzował mnie psychicznie. Także ok. 10 lat temu przyczyniło się do tego zapaść po paleniu zioła, do którego to namawiał mnie kolega. Od tego czasu już nie palę. Niestety po tym incydencie porobiły mi się stany „lękowe”, i niestety po tym alkohol stał się jeszcze bardziej przyjacielem. Teraz zdaje sobie sprawę że jestem uzależniony, ale rzucić to wydaje się prawie niemożliwe. Acha dla tych co myślą, że może zalewam się w trupa to nie jest prawdą. Jestem alkoholikiem, ale zwykle wypijam tylko 2 piwa wieczorem. Niby nie tak dużo. Ale niestety świadomość o uzależnieniu mam. A całkowicie z tym skończyć jest niesłychanie ciężko. Pozdrawiam pijąc właśnie piwo :-(Raportuj

  8. Paweł Nyczaj napisał(a):

    Motorola z jednej strony jest własnością Google, a z drugiej mam wrażenie, że zwija się z rynku konsumenckiego.Raportuj

  9. xyz napisał(a):

    Mi dzięki dużemu nakładowi swojej pracy udało się pokonać dla wielu nieosiągalną do dziś barierę – mianowicie otrzymałem naprawiony telefon z Serwisu Teleplan w Bydgoszczy(dla niewtajemniczonych jest to autoryzowany serwis Motoroli w którym mają miejsce trudniejsze do wytłumaczenia wydarzenia niż w przemiana wody w wino)Muszę przyznać, że nie było łatwo, walka była nie równa momentami ocierałem się nawet o nękanie:P ale ostatecznie bariera a w zasadzie mur między serwisem a konsumentem runął;)Raportuj

  10. Adam Ka napisał(a):

    Bariery są po to, by je pokonywać. Postanowiłem pobiegać, przygotować się do półmaratonu. Prawie się udało. W ciągu miesiąca, ja – nałogowy palacz, 180 cm wzrostu, 90 kg – w ciągu nieco ponad miesiąca (18.09.2010 – 22.10.2010) zwiększyłem liczbę przebiegniętych kilometrów z 6 do 15 dziennie. Później chwila przerwy i powrót do biegania. Chwilowo nie korzystam z żadnego sport-trackera.
    A dowód? http://runkeeper.com/user/KachelRaportuj

  11. Sebastian Witkowski napisał(a):

    Gratuluję wszystkim wyżej, jak i poniżej.

    Ja mam inną historię.
    Urodziłem się mały (jak na wiek) i dodatkowo z poważną wadą wzroku. Niestety z roku na rok prawie nie rosłem (zostawałem około 4 lata do tyłu za rówieśnikami, także w wyglądzie). Spowodowało to później w szkole i okresie dorastania, że stałem się obiektem żartów, śmiechów, kpin. Tak na prawdę, mało kto mnie traktował poważnie. Spowodowało to, że niesamowicie zamknąłem się w sobie, praktycznie izolowałem się od społeczeństwa. Nie wierzyłem, że „mogę” cokolwiek. Gwoździem do trumny, okazał się Ojciec (który często powtarzał, że nie mam na „to” szans itp). W pewnym momencie, ojciec „wypiął” się na moją rodzinę. Kiedy zaczynałem szkołę średnią, wpadł na pomysł, by oskarżyć mnie (całkowicie bezpodstawnie) o popełnienie przestępstwa. Spowodowało to jeszcze większe zamknięcie w sobie, „ukrycie się” Sprawa się ciągnęła i ciągnęła. W pewnym momencie powiedziałem „DOŚĆ, ja wam wszystkim pokażę”. Przemogłem się i zacząłem od zapisania się do pewnej organizacji, jako wolontariusz. Początek był okropnie trudny dla mnie, gdyż musiałem przełamywać wysokie bariery jak na mnie. Musiałem publicznie występować, czasem robiąc z siebie „idiot”. Ale okazało się to lekarstwem. Pierwsza, ogromna bariera została przełamana. Pomyślałem, skoro to mi się udało, to trzeba działać dalej. No i w końcu kolejny przełom. 3 klasa szkoły średniej(17 lat :-)), Znalazłem pracę dorywczą-ustalam cel>uzbierać na samochód. Okazało się, że można osiągnąć więcej, niż się nawet marzyło. W rok znalazłem pracę, zdałem maturę i egzamin na prawo jazdy, dostałem się na Politechnikę, kupiłem auto i wygrałem sprawę z Ojcem >Bariera nr 2 pokonana. Wyznaczyłem sobie nowy cel, z którego wszyscy się śmiali. Okazało się, że tylko oni chcieli postawić przede mną barierę, gdyż podczas Euro 2012 założyłem niebieski mundur. Teraz już nie widzę żadnych barier, ale mnóstwo celów. Pytanie, czy uda mi się do każdego dojść? Nie wiem, ale co mi szkodzi-próbuję :-)Raportuj

  12. kulpicinski napisał(a):

    Kiedyź ropiłem durzo błenduw ortograficznych, jednak z czasem, zaczeło sie to zmieniać. Dzisiaj pisze teksty dla portali i gazet. Błędy i papierki mówiące o dysgrafii i dysortografii zapadły się gdzieś głęboko w czeluściach szafy. Ba, napisałem nawet swoją własną pracę inżynierską (już bez błędów). Można się śmiać, ale wielu ludzi „robi byki” i nawet sobie z tego nie zdaje sprawy. Wielu posiadających zaświadczenie o dysleksji, dysortografii czy dysgrafii w ogóle nad tym nie pracuje. Wielu ludzi wychodzi z założenia: „ja tak mam i to się nie zmieni”, ale warto wiedzieć, że to może się zmienić. Wymaga to pracy, bo dla takich ludzi „nie robienie błenduf” wcale nie jest takie proste ;)Raportuj

  13. czeeek napisał(a):

    ” Wyrwałem się z piekła ”

    Pochodzę z Domu Dziecka. Trafiłem tam gdy miałem 6 latek, wraz z moją straszą siostrą Anią.
    Kiedy okazało się, że dla Ani znalazła się rodzina zastępcza, wiadomość ta bardzo mną wstrząsnęła.
    Pomyślałem: „straciłem najbliższą osobę”.

    Do Domu Dziecka trafiłem poprzez pijącego ojca, patologię!
    Moja Mama zmarła po moim porodzie, może gdyby żyła inaczej potoczyło by się moje dzieciństwo… Często się nad tym zastanawiam.
    W bidulu było mi strasznie źle, czułem samotność, byłem zamknięty w swoim własnym świecie, nikogo nie dopuszczałem do siebie.
    Niezapomne dnia 1 września, kiedy z samego rana mój opiekun zrobił mi pobudkę.
    „Artur, wstawaj! Dziś Twój pierwszy dzień w szkole!” – to była zgroza, nie chciałem tam iść!
    Po apelu poszliśmy wszyscy do swoich klas.
    Zaczęliśmy się przedstawiać, każdy z osobna…
    Inni się chwalili, czym zajmują się ich rodzice, ile mają rodzeństwa, kim chcialiby zostać w przyszłości itp.
    Przyszła na mnie kolej… Przedstawiłem się, powiedziałem, że moim najwięszym marzeniem jest zostać adwokatem, ale kiedy usłyszeli, że pochodzę z Domu Dziecka, że nie widziałem nigdy swojej Mamy, zaczął się szum, drwili ze mnie, wychowawczyni zaczęła ich uspokajać, nagle zrobiła się cisza… Usiałem.
    Pamiętam to jak przez mgłę, ale te momenty nigdy nie wymażą się z mej pamięci.
    Po jakimś czasie, już przyzwyczaiłem się uczęszczać do tej szkoły, poznawałem wielu kolegów. Zaczął się jakiś wspólny temat.
    Znalazłem przyjaciela, z którym mogłem porozmawiać na różne tamety, on jedyny mnie w jakiś sposób rozumiał, co w tamtym momencie przeżywałem.
    Krzysztof, tak miał na imię, pomagał mi w mojej systuacji, wspierał, poznałem jego rodziców, którzy własnie byli prawnikami.
    Jego ojeciec był adwoaktem, matka radcą prawnym.
    Dużo czasu u nich spędzałem, wspólne obiady, kiedyś nawet zabrali mnie na spływ kajakowy – niezapomnane chwile!
    A wieczorami znów to co zawsze – Dom Dziecka!
    Pewnego dnia, mój opiekun z bidula zaprosił mnie do siebie na rozmowe.
    Okazało się, że znaleźli się dla mnie rodzice zastępczy.
    Po rozmowie z tymi nieznajomymi, stwierdziłem, że może warto się stąd wyrwać, może dadzą mi dobrobyt?
    Kiedy podjechaliśmy pod ulice Dębową, tak się nazywała ulica na której oni mieszkali, ujrzałem ładny, biały domek jednorodzinny.
    Bardzo ładnie urządzony.
    Miałem tam własny pokój!!! Ucieszyłem się niesamowicie!
    Ciocia Renata była z zawodu kosmetyczką, miała własny gabinet kosmetycznym, natomiast wujek Robert był handlowcem w dużej korporacji.
    Nie mieli dzieci. U nich już pozostałem, miałem w ten czas 10 lat.
    Ukończyłem Szkołe Podstawową, skończyłem również Liceum Ogólnokształcące już, teraz jestem na II roku prawa na Uniwersytecie w Poznaniu.
    Bardzo mi oni pomagają do tej pory, jestem im mega wdzięczny, ale oni o tym wiedzą :)
    Z Anią-moją siostrą mam bardzo dobry kontakt, co lepsze, odnalazłem ją poprzez portal społecznościowy! Mieszka ok 150km ode mnie.
    Jej też jest bardzo dobrze u „nowych rodziców”.

    Moje dzieciństwo było straszne, nie lubię do tego wracać!
    Ciszę się że poznałem Renate i Roberta, fantastyczni ludzie.
    Minęło troszę czasu od tego wszystkiego, ale cieszę się, że mogłem wyrwać się z tego „piekła”!Raportuj

  14. maks napisał(a):

    Szanu ludzi, którzy zostali czymś dotknięci. Wydaje mi się jednak, ze nie o takie bariery chodziło. Mówić czy pisać w taki sposób może każdy! Trudno tu to udowodnić. Wydaje mi się, ze raczej nikt nie wrzuci tu odpisu wyroku sądu, decyzji o przydzieleniu do rodziny zastępczej… I pewnie taka urzekajaca historia wygra. Trudno…
    A chyba nie o to chodziło.Raportuj

  15. Błażej Krukowski napisał(a):

    Zaczołem biegać w tym roku i uzależniłem się.
    Pierwszy bieg na 10 kilometrów i miałem 48 min. Niedawno udało mi się złamać 45 min. na 10 kilometrów teraz trenuje żeby złamać jeszcze w tym roku 42 min. Potrzebuję tej MOTOACTV do złamania 40 min. i pogrążenia się dalej w moim uzaleźnieniuRaportuj

  16. Adam napisał(a):

    Moja historia jest następująca: od małego miałem lęk wysokości, który przeszkadzał w realizacji moich zainteresowań. Bardzo lubiłem chodzić po górach, w tych wyższych górach przypadłość była uciążliwa. Mimo wszystko nie odpuszczałem i próbowałem się mierzyć z własną słabością. Przełomem mentalnym był wywiad z żołnierzem jednostki specjalnej, który przeczytałem. Gość mówił, że oni nie są nadludźmi, tylko szkolą się radzić sobie z własnymi słabościami, nauczyć się funkcjonować z „demonem”, którego pozbyć się nie można, ale można się oswoić z jego towarzystwem. Więc zapisałem się na kurs spadochronowy. Po dwóch dniach teorii, trzeciego dnia pierwszy skok. Samemu! Przy skokach na linę desantową nie skacze się z instruktorem. O takie wyzwanie mi chodziło :)
    Miałem poczucie, że dam radę. Poczucie to zostało zachwiane przez otwarcie drzwi na 5 minut przed moim wyskokiem. Siedziałem na przeciwko tych drzwi, więc ostatnie minuty spędziłem oko w oko z moim „demonem”. Nie było łatwo :) ale znalazłem sposób na poradzenie sobie tą sytuacją: starałem się w pełni koncentrować na odpowiednim wyskoku z samolotu. Kiedy przyszedł mój czas na wyskok, emocje grały jak orkiestra. Podszedłem do drzwi, ustawiłem sylwetkę i czując panikę towarzyszącą mi od jakiegoś czasu, powtarzałem sobie sekwencje najbliższych kroków do prawidłowego wyskoku. No i hop! Lot udany, lądowanie też ok – a przynajmniej lepsze niż przy drugim skoku ;)
    Na tym zdjęciu jestem już po lądowaniu http://imageshack.us/a/img836/4091/14868316173947386635963.jpg Co czułem? Emocji było wiele, ale przede wszystkim satysfakcję, że przełamałem własne ograniczenia. To mi daje najwięcej satysfakcji :) Polecam każdemu!
    W czerwcu tego roku skoczyłem z 4 tys. metrów :)
    pozdrawiamRaportuj

  17. Świstak napisał(a):

    To nie będzie długi wpis. Na początku kwietnia tego roku ważyłem 129 kilogramów. Dzisiaj ważę już tylko 88. Osiemdziesiąt osiem.
    Kreatywność? Nauczyłem się, że w życiu są takie momenty, w których nie trzeba być kreatywnym, trzeba po prostu działać, i być skutecznym.Raportuj

  18. donroberto napisał(a):

    Od dziecka miałem problem z wymawianiem litery „r”. Już w piaskownicy koledzy śmiali się ze mnie i w kółko prosili mnie żebym powiedział rower. Z moją przypadłością walczyłem u logopedy jak i na różnego rodzaju zajęciach dydaktycznych lecz niestety bezskutecznie. Lata mijały a mój problem nie znikał. Jedyne co się nie zmieniało to drwiny kolegów i koleżanek. W gimnazjum słowem kluczowym było brrrrowar w liceum prrrezerwatywy. Za każdym razem kiedy kiedy wymawiałem słowo z literą r w koło mnie rozlegał się śmiech. Skoro mimo wieloletniej walki z moją wadą nie odniosłem sukcesu postanowiłem walczyć z inną moją wadą a mianowicie nieśmiałością. Teraz jestem premierem i mam was wszystkich w du*pie.
    Dziękuje dobranoc.Raportuj

  19. Paweł Szcześniak napisał(a):

    Heh Marcinie;) Pamiętasz jak wyglądałem na pierwszym play weekendzie? Zresztą są jeszcze gdzieś zdjęcia to można zobaczyć… ważyłem wtedy jakieś 100kg a mam 176cm wzrostu. Jakiś czas później zacząłem regularnie chodzić na siłownie i stosować diete co dziś po jakiś 1,5 roku przerodziło się w pasje. Z rozmiaru XXL spadłem do M z wagi 100kg spadłem do 74kg i mogę się pochwalić nie tylko ładną sylwetką ale i muskulaturą. Dodatkowo zdrowe nawyki żywieniowe zaczeły mnie kręcić do tego stopnia że teraz na ten temat będę pisał prace magisterską;) Zdjęcia w moim przypadku są najlepszą dokumentacją… :)Raportuj

  20. mayones napisał(a):

    Moja bariera to pokonanie choroby, a konkretnie HCV. Proces leczenia, trwajacy 11 miesięcy był dość trudny, okres wczesniejszy, po zdiagnozowaniu choroby równiez, bo niestety polska służba zdrowia nie działa idealnie. Po 11 miesiacach terapii wirus został wyeliminowany. Musiałem znosic nieciekawe skutki uboczne leków, pogodzic sie ze zdezelowana wątroba (przez wirus oczywiscie), a bariery spowodowane tą choroba pokonuję własciwie do dzis, ponieważ baaaaardzo muszę ograniczac spożywanie %, w tym piwa, ktore bardzo lubie, a niestety nie bardzo mogę na nie sobie pozwolic.
    Prawdziwosc tej historyjki moge udowodnić przedstawiajac historie choroby;)Raportuj

  21. Piotrek napisał(a):

    Dla mnie barierą nie do pokonania było przejście z innej sieci do Play…Bałem się,że nie będzie zasięgu,że coś ktoś pomyli,że w regulaminie gdzieś kruczki są…Nigdy nie kupowałem w sklepie internetowym..To był mój Pierwszy raz ;)..A już roczek minął odkąd mam niższe rachunki…Raportuj

  22. Rzeźnik napisał(a):

    dzis rano pokonałem moja bariere, nie wyszedł bym do pracy bez… malego posiedzenia w dziwnym pomieszczeniu zwanym potocznie WC
    jestem stowrzony o łamania barier, bo codziennie je łamie :)Raportuj

  23. Lucas napisał(a):

    A ja miałem „dystans” czy raczej nie mogłem sie przekonac do sieci Play. Każdy nagadywał na ta sieć ze względu zasieguże rozmowy przerywa itp. Najbardziej sie zraziłem kiedy przy przedłużeniu umowy w konkurencji również sprzedawca nie mając telefonu w play o dziwo na play nagadywał. wtedy zdałem sobie sprawe,że skoro nie ma doczynienia z ta siecia to co on bedzie mi za bzdury gadał o czym co nie ma doczynienia. Poszedłem wtedy do salonu Play dowiedzieć sie jak jest u nich na prawde. Sprzedawca nie nagadywał na konkurencje,że coś tam.. tylko mi tłumaczył oferte swojej sieci i powiedział,ze miał tak jak ja,że tez nie mógł sie przekonać ale zaryzykował. i ja też po rozmowie ze sprzedawcą podpisałem u was umowe na sd59 + bb + bis. Jestem MEGA zadowolony. Zasieg mam zawsze a najlepsze,że bis w play działa po roamingu w polsce:). I w taki to oto sposób przełamałem bariere co do sieci PLAY.Mysle że jest to ważna dla mnie bariera która pokonałem ponieważ rachunki mam 69zł i ni grosza więcej. a nie jak poprzednio 120zl plus.zawsze to 80 zł w kieszeniu wiecej sie przyda:). Teraz znowu mi sie umowa kończy i znowu przedłużenie z bis:). Co więcej wciągnąłem rodzine do play i większość znajomych. Ale nadal nie znam odpowiedzi odnosnie bb9320 kiedy i czy bedzie czarny model poniewaz chce z tym modelem przedluzyc umowe:). Może teraz poznam odpowiedź:) PozdrawiamRaportuj

  24. Paweł napisał(a):

    Moją największą barierą było chyba usamodzielnienie się od rodziców. Niby zawsze chciałem jak najszybciej zacząć żyć na własny rachunek, ale jak już miało do tego dojść (rozpoczęcie studiów) to zdałem sobie sprawę jakie to trudne. Bałem się że nie dam sobie rady bez pomocy rodziców i bez domowych obiadków. Jednak się udało. Teraz na trzecim roku studiów mam pracę która nie koliduje mi z nauką, a dzięki której mogę opłacić wynajmowane mieszkanie, stałem się odpowiedzialny za to co robię i nie zadręczam już tak moich rodziców :) Tylko obiadków wciąż mi brak :PRaportuj

  25. Kamil napisał(a):

    Bariera. Pochodzę z małej miejscowości w województwie śląskim. Barierą od małego była miejscowość. Zawsze chciałem zostać djem. Wraz z przyjacielem zaczelismy organizować imprezy w miejscowym pubie. Im dłużej tam graliśmy tym bardziej czułem i zdobywałem chęci i doswiadczenie w tym fachu. Wysyłąlem dema do klubów, gdzie niestety panuje „koleżeństwo” skąd to wiem? Bo mi się udało! Na jednej z imprez przypadkowo znalazł się jeden z djów i zaprosił mnie na przesłuchanie do największej sieci klubów muzycznych na Śląsku. Jedna, druga, trzecia impreza… tak zostałem rezydentem najlepszych klubów na pewno na śląski a czy w Polsce? wszystko przede mną. Taa najwieksza bariera pokonana w światku gdzie wszyscy są kumplami i każdy może Ci wsadzić nóż w plecy. Następna bariera Polska a potem…. ?Raportuj

  26. Robert Olejnik napisał(a):

    No i konkursowe MOTOACTV przeszło koło nosa ;-)
    Okazuje się po raz kolejny, że ekshibicjonizm psychiczny prezentowany w sieci nadal stanowi dla mnie barierę nie do przeskoczenia ;-)
    Gratuluje jednak wszystkim którzy zmierzyli się z większymi, czy mniejszymi przeciwnościami i wyszli z tych batalii zwycięsko.Raportuj

  27. do_diaska napisał(a):

    Doznałem kontuzji. Bolesny uraz kolana. Problem z więzadłami, łąkotkami. Artroskopia, długa rehabilitacja. Tragedia dla kogoś, kto nie potrafi usiedzieć na miejscu, niemal codziennie biegał, jeździł na rowerze. Trwało to kilka miesięcy i nie wytrzymałem. Zrobiłem coś prawdopodobnie głupiego, ale bardzo mi to pomogło. Wystartowałem w „biegu na szczyt”. To bieg polegający na dostaniu się po schodach na 37 chyba piętro budynku rondo 1. Myślałem, że to nie będzie jakiś wielki wysiłek, ale się myliłem. Na szczęście kolano wytrzymało, stan się nie pogorszył. Za to psychicznie poczułem się duuuużo lepiej. Mimo że zająłem ostatnie miejsce:) teraz jest coraz lepiej i znów jeżdżę na rowerze i powoli biegam.Raportuj

  28. Mike napisał(a):

    Swoją historię przedstaw ponieważ uważam, że osób takich jakim ja byłem jest coraz więcej. Społeczeństwo i życie społecznie upada. Więcej o człowieku powie jego profil społecznościowy niż on sam.

    Barierą, którą niezwykle trudno było mi pokonać, była od zawsze nieśmiałość przechodząca w paniczny strach przed porażką i wyśmianiem. Zawsze skromny, grzeczny, ułożony, przeżywający każde swoje posunięcie i słowo, bezwzględnie niezabierający głosu w żadnej sprawie na forum, w szkole idący niepewnym krokiem przy ścianie, na ulicy przeprasza gdy przechodząc na zielonym świetle zatrąbi na niego samochód. Na pewno nie poznaliście nigdy kogoś takiego. Takich ludzi się po prostu nie zauważa. Najczęściej bywają dla innych neutralni. Krzywdy nikomu nie zrobią, ale nie licz, że wyjdą z własną inicjatywą i zapytają co u Ciebie.

    Skąd to się wzięło? Brak pewności siebie. Często problemy w domu. Najgorszy w tym wszystkim jest fakt, że wydaje Ci się, że z tego wychodzisz, pokonujesz pewne etapy, a jedna porażka wszystko niweczy. Spadasz na dno i nie chce Ci się kolejny raz wspinać. Zamykasz się w sobie. Tu jest bezpiecznie, nikt Cię nie skrzywdzi, inni przestają Cię zupełnie obchodzić bo przecież tylko Ty siebie rozumiesz.

    Patrząc wstecz chciałbym wiele rzeczy w moim życiu zmienić. Chciałbym przeżyć życie inaczej. Wydaje mi się niepojęte czemu byłem jaki byłem. Czemu uciekałem przed samym sobą, a tym samym przed innymi. Dziś mogę się tylko cieszyć, że pokonałem te przeciwności.

    Tylko dlatego, że dziś jestem inną osobą jestem w stanie się tym z Wami podzielić. Chciałbym napisać kilka słów jak mi się to udało. Przede wszystkim miałem w sobie siłę. Nie potrafię powiedzieć skąd się ona brała. Być może od Boga, a być może cechy mojego charakteru dawały mi ją. Nie chcę tego oceniać. Tak czy inaczej, z czasem, gdy w chwilach zwątpienia poddawałem się, zacząłem czerpać z porażek dodatkową motywację. Nie zajmowałem sobie głowy tym co robiłem źle ale małymi kroczkami szedłem do przodu. Po pewnym czasie, zauważyłem że nabrałem dystansu do niektórych spraw. Zacząłem nabierać dystansu do samego siebie i tego co inni mogą myśleć o mnie (kiedyś było dla mnie strasznym przeżyciem, gdy ktoś źle mnie ocenił, śmiał się ze mnie, potrafiłem się rozpłakać i wyjść bez słowa).

    Bardzo ciężko jest mi jednoznacznie stwierdzić kiedy pokonywałem kolejne „płotki” w moim biegu ku szczęściu. Ważne były momenty w których widziałem że to ma sens, że idę w dobrą stronę. I zacząłem robić więcej i więcej. Ponieważ od zawsze stres odreagowywałem poprzez wysiłek fizyczny, sport i przede wszystkim piłkę nożną to szedłem dalej tą drogą. Znajdowałem w tym ukojenie moich „porażek i błędów”. Dzisiaj jestem bardzo aktywny. Gram regularnie w piłkę nożną, chodzę na siłownie, biegam, pływam, jeżdżę na rowerze. Poważnie zastanawiam się nad Triathlonem. Gdy biegam, czuje jakbym krzyczał na cały głos to co mi leży na sercu. To niezwykle pomaga. :)

    Ciężką pracą osiągnąłem, moim zdaniem, przyzwoite „wyniki życiowe”. Dziś uważam się za zdrowo myślącego człowieka, znającego swoją wartość, silnego i zdecydowanego, potrafiącego odróżnić dobro od zła, depresje mi niestraszne, a z twarzy rzadko schodzi uśmiech. Jestem szczęśliwy. Nie potrzebowałem do tego spełniania najdziwniejszych marzeń na świecie.

    A teraz o najważniejszym dla mnie momencie. Dzień w którym poznałem JĄ. Wtedy, 3 lata temu, nie byłem sobą. Nadal otoczony niewidzialną granicą, oddzielającą mnie od innych ludzi. ONA po prostu ją przekroczyła. Widziała we mnie to co dobre siedziało uciśnięte pod grubą powłoką niepowodzeń. Powoli zbliżaliśmy się do siebie i dziś ONA jest dopełnieniem mnie, uszczęśliwia i daje nową siłę na każdy dzień. Pomimo, iż obecnie jest 12 tys. km ode mnie to czuję że jest blisko.

    Kim jestem dzisiaj? Jestem świadomy wartości życia. I mam zamiar się nim cieszyć.

    Przepraszam za chaotyczność mojej wypowiedzi ale całość jest jednym wielkim przypływem nieskrępowanej myśli. Jednocześnie jest historią mojego życia w wielkim skrócie. :)Raportuj

  29. monikosci napisał(a):

    Moja historia zaczęła się pewnego ranka, gdy podjechałam pod pracę i zobaczyłam rozstawione parkometry… Niestety jak to bywa w dużych miastach nasza firma ma kilka miejsc parkingowych jednak część z nich zarezerwowana jest dla klientów, reszta dla kadry kierowniczej. Oczywiście nie mogłam się pogodzić z płatnym parkowaniem dlatego zaczęłam kombinować. Do pracy zaczął wozić mnie znajomy, jednak powrót musiałam załatwić sobie sama. Wszystko działo się w maju więc postanowiłam podjąć próbę pokonania tego dystansu (około 6-7 km) biegiem. Założenia były cudowne, nie mam czasu na siłownie, nie mam czasu na słuchanie muzyki będzie idealnie, jednak pierwsze próby wyglądały na zasadzie trochę biegu, trochę spaceru i tramwajJ Z czasem jednak zaczęłam podjeżdżać mniejsze odległości aż udawało mi się przebiegnąć/przespacerować całą trasę.

    Teraz nie wyobrażam sobie życie bez biegania, pomijając, że zrzuciłam kilka zbędnych kg dzięki bieganiu mam o wiele lepszy nastrój i samopoczucie. Biegam nawet teraz, gdy jest raczej zimno, jeszcze rok temu nie wyobrażałabym sobie siebie na trasie;)

    Gadżet od Motki pozwoliłby mi monitorować moje postępy itp., i tutaj mam propozycję. Nie mam zbytnio przekonywującego dowodu mojego biegania, więc mogę się zobowiązać, że gdy wygram prześlę Wam moje trasy i osiągi!Raportuj

  30. ciekawski napisał(a):

    kiedy jakieś rozstrzygnięcie konkursu?:)Raportuj

  31. maks napisał(a):

    Wszystko ładnie, pięknie. Mam nadzieję, że nie wygra nikt, kto nie udowodnił swojego osiągnięcia, ani nikt z piszących historie chwytające za serce. To byłaby zenada. Niczym Klaudia Kulawik wygrywajaca MAM TALENT czy inne osoby pokazujące, co musiały przejsc, by coś osiągnąć.Raportuj

Dodaj komentarz

Przed napisaniem komentarza zapoznaj się z Regulaminem korzystania z bloga jeśli Twój komentarz nie wyświetli się od razu, poczekaj cierpliwie na jego publikację.

Przypięte posty